„Poza żubrem, niedźwiedziem, wilkiem, łosiem czy rysiem, wszystko można spotkać także u nas”. Tak o faunie ziemi sycowskiej mówi 25-letni Wojciech Grzyb. A wie, co mówi, gdyż jego największą pasją, a właściwie stylem życia, jest ukazywanie bogactwa miejscowej przyrody. Za pomocą aparatu.

Nie zamierza jednak zdradzać, gdzie dokładnie powstają jego zdjęcia. Może właśnie dlatego ociekają takim realizmem, delikatnością i leśną magią, dzięki którym aż trudno uwierzyć, że nasze środowisko naturalne jest aż tak różnorodne.
Dzięki wielkiej wrażliwości autora, mamy je na wyciągnięcie ręki, a dzięki jego świetnemu warsztatowi, nie trzeba wychodzić z domu, aby usłyszeć klangor żurawi, wycie jeleni, chrumknięcia dzików, czy też poczuć zapach mchu i rosy o świcie.

Mogą zaszkodzić
– Konkretnych miejsc nie wskażę, ponieważ zależy mi na dobru rzadkich gatunków zwierząt, którym paru „miłośników przyrody” może w nieodpowiednim czasie poważnie zaszkodzić – Wojciech Grzyb ma na myśli okresy godowe ssaków czy lęgi ptaków. Zapewnia, że jego celem, jak do tej pory, zawsze będzie ukazywanie przyrody ziem sycowskich, z których niezwykłego bogactwa mało kto zdaje sobie sprawę.
Zawsze też będzie wyznawał pewną żelazną zasadę, radząc, aby do serca wzięli sobie ją również inni polujący z aparatem:


Dobro fotografowanego obiektu jest ważniejsze, niż jego zdjęcie”.


– Istotne, by wiedzieli również, że samo wyjście w teren i czekanie na cud nie wystarczy, albowiem trzeba wiedzieć, co i gdzie należy szukać – początkującym proponuje najpierw dokładnie poznać zwyczaje fotografowanych zwierząt, nauczyć się rozpoznawać ślady ich bytowania, ponieważ każda, nawet mało istotna, wskazówka może okazać się kluczowa.
– To powoduje, że człowiek zaczyna szukać ich wszędzie - od czysto naukowych monografii począwszy, po zasłyszane historie, a na tradycjach łowieckich skończywszy – wylicza Wojciech Grzyb.

Przewidywalna sarna
Tym, którzy chcą dopiero zacząć przygodę z fotografowaniem przyrody, radzi spróbować uwiecznić sarnę. – Jest jej dużo, ma przewidywalne zachowanie, no i wychodzi na otwarte przestrzenie o porze innej, niż blady świt – dodaje.
Jak zapewnia, fotografia przyrodnicza nie wybacza niczego. – Każda gałązka może zepsuć całe zdjęcie. Modele panicznie boją się ludzi, a spłoszyć je może nawet trzask migawki. Dlatego, mimo wielu podejść i wielu dobrych zdjęć, zawsze ma się to poczucie, że mogło być jeszcze lepiej. I to pcha człowieka znowu w te łąki, bagna i lasy – Wojciech Grzyb mówi o swojej motywacji. – To właśnie ona sprawia, że kiedy człowiek wraca do domu zmęczony, mokry, przemarznięty, pogryziony przez owady i bez ani jednego zdjęcia, to w myślach już planuje następną wyprawę.

Wiele przed nim

Poczucie, że jeszcze kawał roboty przed nim, niezmiennie towarzyszy naszemu rozmówcy. Tak samo, jak świadomość, że do odkrycia jest jeszcze mnóstwo ciekawych miejsc, do sfotografowania setki gatunków ptaków, a do uwiecznienia wiele pięknych niezapomnianych chwil.

To samo wyzwanie
Jak to zwykle w życiu bywa, także w przypadku 25-letniego sycowianina o fotografowaniu przyrody zadecydował przypadek. Gdyby nie on, pewnie nadal robiłby artystyczne zdjęcia, do których nie był za bardzo przekonany. M.in. dlatego postanowił odstawić aparat.
– Pewnego dnia znalazłem się jednak w środku dzikiego gospodarstwa i urzeczony jego pięknem, zacząłem ponownie fotografować. Przez te lata, od robienia zdjęć robakom i motylom, aż do dziś nieustannie podejmuję to samo wyzwanie: pokazuję to, co dzieje się wokół mnie – wyjaśnia.

Latający lis
Zagadnięty o swoje ulubione zdjęcie, Wojciech Grzyb pokazuje „Latającego lisa”, uchwyconego w momencie, kiedy zwierzę nie dotykało żadną łapą ziemi. Za jedną z ciekawszych leśnych scen, jakiej był świadkiem, uważa atak myszołowa na spokojnie lecącego bielika. – Przysiągłbym, że po wyrwaniu mu pióra z ogona, na „twarzy” myszołowa widoczna była dzika wręcz satysfakcja – wraca pamięcią.

Jaki sprzęt
Operuje lustrzanką cyfrową i obiektywem firmy Canon zaliczanymi do najwyższej półki wśród sprzętu amatorskiego (łączny koszt to 5 000 zł).
Fotografia zwierząt innych niż owady, wymaga sprzętu o bardzo dużym „zoomie”, nie mniejszym niż dziesięciokrotnym. – Niestety, aparaty kompaktowe, o ile oferują duże zbieżnie, zazwyczaj posiadają złą jakość soczewek – ubolewa Wojciech Grzyb, w luźniej rozmowie zdradzając, że nie uznaje za fotografię przyrodniczą zdjęć pochodzących z zoo czy innych ośrodków dla zwierząt.

Więcej zdjęć Wojciecha Grzyba znajdziesz TUTAJ
Prowadzi również swój BLOG

Z regionu