Waldemar Chwalisz dotarł do teczek Centralnego Archiwum Wojskowego, które potwierdziły, że jego dziadek brał udział w Powstaniu Wielkopolskim i wojnie polsko-bolszewickiej, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych i Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918/21. Niestety, potwierdziły także, że Józef Gomoliński zginął na bloku śmierci w obozie koncentracyjnym

Dzięki wielomiesięcznym staraniom jego wnuczka, pamięć o nim nigdy już nie zaginie i będzie wiecznie żywa.
Niósł mienie i życie
– Wiedziałem, że gdzieś muszą być spisane informacje o moim dziadku, więc konsekwentnie zwracałem się do różnych instytucji, w tym do Muzeum Powstania Wielkopolskiego, jak i wspomnianego CAW – wraca pamięcią Waldemar Chwalisz. Szczęśliwie okazało się, że teczki kryły m.in., własnoręcznie napisany przez Józefa Gomolińskiego życiorys, prośbę o nadanie Krzyża lub Medalu Niepodległości, czy oświadczenie, iż w latach 1905-1906 brał czynny udział w strajku szkolnym w Kobylej Górze.Z tych wszystkich dokumentów wyłania się obraz dwóch wojen widzianych oczami człowieka, który, jak sam o sobie pisał, „niósł mienie i życie dla kochanej ojczyzny Rzeczpospolitej”.
Ukarany za strajk
Józef Gomoliński urodził się 10.02.1893 r. w Kobylej Górze. W odręcznie sporządzonym przez siebie życiorysie, opisującym swoją pracę niepodległościową, pisze o sobie tak: „Z chwilą ukończenia 6. roku życia, zacząłem uczęszczać do szkoły podstawowej w Kobylej Górze (powiat Kępno), z której zostałem zwolniony z chwilą ukończenia 14 roku życia. Po opuszczeniu murów szkolnych, wstąpiłem w naukę obuwniczą do mistrza Klicha w Sycowie. Mistrz Klich stale robił mi wymówki w związku z otrzymaniem mego świadectwa szkolnego, z którego wynikało, że brałem czynny udział w strajku szkolnym. Byłem zmuszony naukę u mistrza Klicha zerwać i udać się do mistrza obuwniczego Franciszka Więcka w Kobylej Górze, u którego też naukę ukończyłem. Z chwilą jej ukończenia, wyjechałem na dalszą praktykę do fabryki obuwia w Breslau, gdzie pracowałem jako czeladnik, a po tym okresie w Schuhfabrik Niederzeidlitz bei Dresden, gdzie pracowałem aż do powołania mnie do służby wojskowej armii niemieckiej, w wojnie światowej, w której brałem udział aż do jej ukończenia. Z początkiem listopada 1918 r. opuściłem szeregi armii niemieckiej i wstąpiłem, zaraz po powrocie do domu w Kobylej Górze, w szeregi powstańcze. Walczyłem na froncie ostrzeszowsko-kępińskim, zaś potem na wojnie polsko-bolszewickiej, aż do jej ukończenia. Z armii niemieckiej byłem zwolniony w stopniu kaprala, zaś z Wojska Polskiego w stopniu sierżanta. Po zwolnieniu mnie z Wojska Polskiego, w roku 1919, poślubiłem Mariannę Noculak, z którą mam trzy córki i jednego syna. Potem wyprowadziłem się do Kozy Wielkiej - powiat Kępno (...).” Jedna ze wspomnianych córek o imieniu Salomea, jest matką Waldemara Chwalisza, który uważnie przeczytał, staranne przepisał, a następnie naniósł na twardy dysk losy swojego dziadka. – Rękopisy niekiedy trudno było rozczytać, więc była to praca dość żmudna, ale satysfakcjonująca – nie kryje.
Wydany gestapo
„Wrzesień 1939” i „Aresztowanie” to z kolei tytuły publikacji Waldemara Chwalisza, powstałe na bazie relacji rodziny i mieszkańców, którzy znali lub pamiętali jego dziadka. Dowiadujemy się z nich m.in., że Józef Gomoliński przed wybuchem wojny był zatrudniony na stacji PKP Perzów i z chwilą rozpoczęcia działań wojennych przemieszczał się z brygadą naprawiającą zbombardowane tory kolejowe, skutkiem czego znalazł się w stolicy.
„Po kapitulacji Warszawy i zakończeniu kampanii wrześniowej, wracając do domu w Kozi Wielkiej, zatrzymał się na chwilę u rodziców żony w miejscowości Weronikopole, gdzie zaproponowano mu, aby tam pozostał, gdyż jest poszukiwany przez Niemców. Zlekceważył jednak radę swoich teściów, argumentując, iż żona i dzieci czekają, nie wiedząc nic o jego losie, i że sam również bardzo tęskni za rodziną. Był październik 1939 r., kiedy, wracając do domu wieczorową porą, został dostrzeżony przez, pochodzącą ze Słupi, pewną mieszkankę wioski (personalia znane rodzinie) i zadenuncjowany na gestapo.
Bolesne pożegnanie
Gdy pojawił się w domu, był w opłakanym stanie - zarośnięty, brudny i zawszony. Nie zdążył się dobrze zaaklimatyzować, kiedy rankiem następnego dnia przybył urzędnik z Perzowa z pytaniem, dlaczego nie zameldował o swoim powrocie (ponoć taki był obowiązek). Wytłumaczył, że właśnie miał to uczynić, bo tyle co wrócił z wojennej tułaczki. Jeszcze tego samego dnia udał się do Perzowa, aby dopełnić formalności i wtedy to, w okolicach cegielni w Gęsiej Górce, został dotkliwie pobity przez folksdojczów tamże pracujących. Dało się w tamtym okresie odczuć nienawiść do polskich rodzin zamieszkujących w Kozi Wielkiej ze strony Niemców. Największe problemy miała rodzina Gomolińskich. Mijały dni i nic szczególnego się nie działo, po za tym, że była okupacja, a Gomolińscy pracowali u swoich sąsiadów Koniecznych, którzy wprawdzie podpisali volkslistę, lecz byli to ludzie szanowani, porządni i nigdy nikogo nie skrzywdzili. W tym dniu (nikt już dziś nie pamięta dokładnej daty) Józef krzątał się w gospodarstwie Koniecznych, a jego żona zbierała u nich w polu ziemniaki. Do ich domu zawitał funkcjonariusz gestapo z Sycowa, aby dokonać aresztowania. W mieszkaniu zastał tylko siostrę Marianny i małą córkę Helenę, która, nie znając powagi sytuacji, zaprowadziła gestapowca do swojego ojca, który rąbał drewno w szopie. Niemiec najpierw wywlókł go na podwórko, po czym wyprowadził cios w twarz. Niemym świadkiem tego zajścia była studnia stojąca w tym miejscu do dziś oraz mała Helenka. Jeszcze na chwilę wrócił z aresztantem do domu Gomolińskich, aby dokonać przeszukania. Nic nie znalazłszy, kazał się pożegnać na kilka lat.
Na bloku śmierci
W Sycowie przebywał zaledwie kilka dni i był widziany jak jeździł z wózkiem po ulicach w asyście wartownika. Więzienie, gdzie go przetrzymywano, znajdowało się w, do dzisiaj stojącym, budynku byłego zakładu POLO na ul. Okrężnej. Następnie został przetransportowany do więzienia we Wrocławiu, o czym może zaświadczyć jeden list napisany do żony z tego miejsca. Ostatnim i docelowym miejscem eksterminacji był obóz koncentracyjny w Oranienburgu (35 km od centrum Berlina), dokąd przybył 27.01.1940 roku. Był więźniem numer 6680 i z miejsca trafił do bloku11, nazywanego blokiem śmierci, skąd wysłał dwa listy do rodziny. 13.04.1940 roku o godzinie 20 został stracony. Wraz z zawiadomieniem o śmierci, jakie nadeszło z obozu, przysłano zapytanie, czy rodzina życzy sobie otrzymać prochy, gdyż jest taka możliwość. Należało wystąpić do lokalnych władz o pozwolenie na pochówek, z czego żona zrezygnowała, ponieważ prześladowana przez ludność niemiecką nie chciała eskalować wydarzeń”.
– Oficjalną przyczyną zgonu, nadesłaną z obozu, była choroba skóry, co oczywiście mijało się z prawdą – Waldemar Chwalisz nie ma wątpliwości. Wdzięczny, dziękuje swojej cioci Helenie Graf za udostępnienie części archiwów.

Wiadomości

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!